Cantate Deo ale także ludziom

Opublikowano 11.07.2014

Próby chóru trwają po dwie godziny dwa razy w tygodniu, obowiązkowa obecność na liście frekwencji krzyżykiem do odhaczenia, proszę, proszę… Dla złocistej Róży, która zna przepis na nalewkę benedyktyńską, dla zawsze usmiechniętej Eli, dla wiecznie zapracowanej Małgosi, dla Hani, dla Ewy, dla Doroty wreszcie. Dla Krysi, która morduje nas ćwiczeniami z emisji głosu… I dla tego faceta z kucykiem, który siedzi pod ścianą i przysypia, ale głos ma jak powróz, dla Romana, dla Henia… I dla siebie wreszcie.
W salce na piętrze. Pokonawszy przedtem kilkanaście schodów, zawsze za wysokich. Ciężką. Pracą.
Za półtora miesiące, za miesiąc, za tydzień, za dzień, jak ten czas leci, zaraz, zaraz, będzie koncert, znowu będzie koncert, czarne garnitury i różowe bluzki.
– Po co ci ten chór? – pyta ktoś.
– Co się głupio pytasz, jak to po co – odpowiadam.

W harmonii, w zmiennym rytmie, w krzyżykach i bemolach, w pauzach, w powtórzeniach, poprzez glissando, legato, forte, fortissimo, aż do krzyku. W przyspieszeniu, które według fizycznej zasady oznacza, że po upływie kolejnej sekundy masa nuty będzie poruszała się z prędkością większą niż sekundę wcześniej, poprzez wszystko co tylko chcesz. Które sprawia, że zmartwienia blakną i przynajmniej na jakiś czas odchodzą w niebyt, że radości rozkwitają jak wiciokrzew po wieczornym deszczu, przy brzmieniach wznoszących się ku górze, echem od sklepienia, tędy, tędy, bumerangiem w dół, ostrym pikowaniem. Aż do śmierci. Dla błogosławionych, którzy kochają wszystkie dźwięki, albowiem oni będą kiedyś nagrodzeni.

– Gotowi? Wstńcie państwo.
Dyrygentka niczym bogini wyciąga przed siebie ręce, spojrzeniem daje znak. Na wydobycie śpiewu, który ma być czysty jak szyba w polskich oknach przed świętami Bożego Narodzenia. Który ma być srebrzysty do ostatniej kropli tlenu w zdrowych płucach.
– Soprany wyżej, basy znowu nie wiedzą kiedy wejść, alty dzisiaj chyba śpią, a tenory?
Błękitnawe fragmenty muzyki drżą w powietrzu… Jak mydlane bańki, w których odbija się fantazja i nadzieja. Pod plafonami, pod sukienkami, pod białymi koszulami, nawet pod spodniami coś się dzieje.
– Wyżej! Wyżej!
Jak na szczyt górski w Himalajach. Niech się uda!
Śpiewamy o tęsknocie. marzymy o miłości. Sięgamy po nuty dalej, jeszcze dalej jak po Gwiazdę Polarną w konstelacji małej Niedźwiedzicy. Pianissimo… Prosimy o modlitwę, o którą nie trzeba się prosić, wyszeptaną w skupieniu. Wieczne ospoczywanie…
– Ciszej! Ciszej!
I cztery głosy splatamy w grube warkocze, bo nie tylko chlebem żyje człowiek, ale muzyką też. Muzyką też, do cholery! Od zarania.

Skąd mamy tyle siły i ten zapał, żeby wyśpiewać światu wszystkie żale i boleści?

– Proszę państwa, jeszcze raz od czwartego taktu, proszę.

Dźwięki, które wydobywamy z naszych gotowych na muzykę ciał, poprzez narządy, układy, mięśnie, kości… Od zwieraczy po gardła… Dźwięki, które roznoszą się po całym pomieszczeniu niczym dym, wnikają do umysłów jak narkotyk, są, mierzą prosto w serce.
Jak naboje.
– Soprany, jeszcze wyżej!
Naboje niczym perły.
I oczy wzniesione ku niebu, które intensywnym błękitem namalowane jest na suficie przestronnej świątyni, w środku surowy Bóg z siwą brodą dłoń podnosi w geście stałego bywalca aukcji. Licytuje? Co licytuje? Licytuje, kto piękniej śpiewa?
A perły niczym muzyka.

O mój Boże…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *