Jubileuszowe spotkanie

Opublikowano 06.08.2014

Na spotkanie z okazji setnej rocznicy urodzin ojca/dziadka/pradziadka Alberta mój mąż zaprasza swoje rodzeństwo wraz ze wszelkimi organicznymi przyległościami w postaci współmałżonków, dzieci, ich dzieci, naszych dzieci. I zaznacza, że przyoszczędzi się, urodzinowych prezentów nie będzie, z pozytkiem dla cennego czasu i płytkiej kieszeni, sama korzyść.
– Dlaczego? – pyta ktoś.
– Bo szanowny jubilat już nie żyje – odpowiada mąż siląc się na dowcip, w końcu, co jak co, ale dowcip, specyficzny bo specyficzny, po kim jak po kim, bo po tatusiu odziedziczył.

Teść mów, wspomniany już ojciec/dziadek/pradziadek zmarł sporo lat temu, pogrzeb odbył się jak należy, godnie i przystojnie i świeć Panie nad jego duszą. Pochowano go na cmentarzu Bródnowskim, naprzeciwko wyposażonego w złote i krzyczące litery grobu pewnej Jadźki, który traktujemy do dziś jako punkt orientacyjny, żeby się pośród cmentarnych brył nie pogubić.
– Błogosławieni, którzy umarli w wyniku wylewu prawostronnego, albowiem oni w pierwszej kolejności będą zaproszeni na zręczne przytupasy z muzyką w tle w królestwie niebieskim.
Mówił ktoś. Przez grzeczność nie pytam, co ze zmarłymi, którzy umarli w wyniku wylewu lewostronnego, albo z odwodnienia, albo na nowotwór, o kile, albo, nie daj Boże, o innym tryprze nie wspominając. Czy też zafunduje im się potańcówkę w wiecznym odpoczywaniu? Nie wiadomo.

Tak więc teść mój zmarł kiedyś tam. Na kilka lat przed szpitalną śmiercią będąc już przez czas jakiś w przedsionku do wieczności, czyli na państwowej emeryturze. Co wcale nie oznacza, że czas ten spędzał w fotelu przed telewizorem z termoforem na plecach, wręcz przeciwnie.
– Jezus Maria, co żeś znowu przyniósł! – mówiła, bo nigdy nie krzyczała, moja elegancka teściowa, ale mówiła jednak z wyraźnym wykrzyknikiem, patrząc na pokaźny stos szczypioru, który pomieszany z rosłymi źdźbłami trawy, stanowił okazałą kupę czegoś, co wyłaziło zielonym rzygiem z wielkiej torby.
– Prosto z działki – odpowiadał z dumą ojciec, z dziada pradziada rolnik, który glebę, w przeciwieństwie do teściowej, czuł i jak się tylko dało, to w niej pazurami grzebał.
– Zamrozisz, zasuszusz i jak znalazł – mówił.
– Nie mam siły.
Teściowa odpowiadała, że nie ma siły, że po co jej to, że co to za życie i co to za chłop. Szczypiorek gotowy i oczyszczony do kupienia w sklepie za grosze, a tu masz babo placek. Nie ma zmiłuj. I tak, chcąc, nie chcąc, raczej nie chcąc, niż chcą, teściowa przykładnie brała się do roboty. Kompoty, powidła, marynaty, sraty graty. I tylko zastanawiała się, czy ta praca zaowocuje wrzodami na żołądku, czy nie zaowocuje.

Oprócz zajęcia agrarnego, które z zacięciem kultywował co roku na każdej z licznych miejskich działek, teść mój miał także wiele innych zainteresowań.

Na przykład, marzył o robieniu tak zwanych intratnych interesów i o wykombinowaniu sześciocyfrowej kasiory na koncie na skutek robienia intratnych interesów. Oraz o znajomościach z ludźmi wielkiego biznesu, które miały pomóc mu zacząć się kręcić w intratnym przedsięwzięciu. Że to niby droga do intratnego inwestowania zieloną falą rusza. Niestety. Okazało się, że predyspozycji do wymaganego kręcenia, żeby było intratne, nie posiadał, ze stu procent przynależnego człowiekowi cwaniactwa otrzymał miarkę równą bliżej zeru. Spóźnił się? Zagapił? Czy złośliwie go pominięto? Sam nie wiedział.
I dlatego kręcenie, które w założeniu swoim miało być intratne, skończyło się na nieopłacelnej hodowli pieczrek, nieopłacalnej sprzedaży jaj przepiórczej, nieopłacalnej produkcji dętek samochodowych marki Jotes, i tak dalej.

Oprócz zapędów wielko biznesowych teść mój wiedział oczywiście co należy do podstawowych obowiązków Samca Alfa, czyli cała ta patriarchalna tradycja wpajana nam od tysiącleci nie była mu obca: dom zbudować, drzewo posadzić, syna spłodzić. I rzeczywiście starał się jak mógł, na miarę swoich skromnych, a może i nieskromnych mozliwości.
Domu co prawda nie zbudował, ale go zręcznie wyremontował. Kilka ścianek działowych postawił, boazerię w przedpokoju położył, pomieszczenie kuchenne sprytem wygospodarował. Oprócz tego po ojcowsku pomagał w budowaniu domów przynależnym innym Samcom Alfa. Jeśli chodzi o drzewo, to i niejedno zostało przez niego posadzone, nie dąb, co prawda, jakby należało, ale wiśnie, jabłonie, grusze, śliwy i orzechy. Teściowa w robieniu przetworów aż cała furkotała, nie wiem jednak, czy ze szczęścia. Teść zaś produkował wino owocowe jak się patrzy, nikt go co prawda nie pił z powodu kwaśnego smaku, ale co tam!
A w sprawie syna… No cóż… Rzeczywiście. Udało mu się i syna spłodził, potem drugiego i trzeciego, a gdzieś między i córkę. Taki był niezmordowany.
– Odpocząłbyś – mówił ktoś, żeby odpoczął, sił niepotrzebnie nie marnował, manicure, pedicure zrobił, lufę walnął.
W końcu przecież podobno i Bóg miał po sześciu dniach roboty dosyć, paluchy spuchnięte i ciało potem zroszone.
Ale gdzie tam!
Teść mój do odpoczynku nie był skory, leniuchować nie lubił, spać długo nie potrafił, luf nie walił. Co najwyżej kieliszeczek jak naparsteczek do odmierzania kropli aptekarskich od wielkiego dzwonu. Może wiedział już, że po wypiciu pierwszej setki, w każdym homo budzi się drugi homo, który także domaga się trunku? I bez końca.

W każdym razie teść mój ponad wskazaną normę nie używał, papierosów nie palił, jeśli nie liczyć pół Sporta po obiedzie. Sportów nie uprawiał. Za to niezgodnie z podszeptami świętego Augustyna, chorobie ciekawości świata hołdował. I dlatego czytał dużo, słuchał radia, którego nie wolno było słuchać, od codziennej prasówki nie uciekał, na nowinki techniczne był podatny. A także mocno eksperymentował w kwestii poziomu okazywanej cierpliwości przez formalnie mu poślubioną połowicę.
– Czy musisz pić herbatę z łyżeczką w szklance?
Pytała moja teściowa z akcentem na „musisz”.

Ona kaszląca i słaba, on skurczony we dwoje. W staraniu, zabieganiu, zabezpieczaniu, próbowaniu. W jednostkach jednostajnej miłości, których zawsze jest proporcjonalnie więcej do upływu czasu. Oraz w świecie zorganizowanym w sposób przyczynowo – skutkowy, w którym małżeństwo dla jednych równa się seks i że cię nie opuszczę, a dla drugich jednoznaczne jest z praniem, sprzątaniem, prasowaniem, gotowaniem… Wszystko dobre.

Jesień barwą szelestów dzwoni do mgielnej piosenki
Słychać jej ciche szeptanie, liście wirują jak dźwięki
Gdy fotografie wkładamy w opasłym albumie pamięcią
I tajemnicze „co było” piszemy ze wspomnień tęczą

Gdy przewracam te kartki wstecz, scenki z tamtych czasów wyłaniają się z mroku, trwają krótko, gasną z wątłym płomykiem pamiętania. Ciągle błękitny wiatr pisze na nieboskłonie słowa, że dobrze było i że nawet dziesiątkę udało się strzelić czasem i oczko trafić.
Teraz tylko toast należałoby wznieść i kolejnych stu lat w szczęściu zyczyć.
Cóż…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *