Sonata As – dur

Opublikowano 14.04.2012

 Otworzyłam zapomniane drzwi, skrzypnęły zdziwione, bo może to jeszcze nie czas, jeszcze nie pora na ukradkowe podglądanie? Jednak się uchyliły szparą przez którą wsączyło się światło wspomnień. Zniekształcone? W innym czasie, w innym myśleniu, w innym smutku do utopienia w paru kieliszkach wódki. Tak to było.

Mój rodzinny dom ubrany w stare cegły, jak patchwork w kwadraty i koła.

 

Stał nad Wisłą. W pobliżu portu, który cuchnął brudem, potem, rybą, szorowanym pokładem. Smród szczypał w nozdrza, sygnalizował istnienie innego świata. Nie mojego. Okna w tamtym domu otwierały się, żeby zaprosić do środka słoneczne promienie. W ich blasku hasały pyłki kurzu, jak na karuzeli, jasna smuga ciągnęła się od otwartego zewnątrz do dwojga małżeńskich łóżek połączonych ze sobą. Dużych, zdrowych, płodnych. Takich jak trzeba. Lubiłam w nich leżeć. Słuchać opowieści o cudzych snach, wpadać w wygniecione cudzymi pośladkami wgłębienia, chować się w cudze bezpieczeństwo. Przykrywać się puchowymi pierzynami. Tamte łóżka.

Łóżka są oczywiście bardzo ważne. Wiele się od nich zaczęło. Życie. Nadzieja. I uczucia. Ja w pewien sposób też. Gdyby nie tamte łóżka, może w ogóle by mnie nie było?

Rano otwierały się drzwi do sypialni. Wchodził wujek, energicznie, sam środek świata. Żeby odprawić codzienną gimnastykę. W sypialni było przecież dużo miejsca, pod ścianą stało duże, kryształowe lustro, można było obserwować w nim przyrost mięśni, prostą sylwetkę, gibkość ruchów. Krótkie spodenki, białe skarpetki, podkoszulek. On. Wypełniał sobą wszystko, każdy kąt, każdą szczelinę tamtej przestrzeni.

W moim rodzinnym domu mieszkało czworo ludzi. Przychodziliśmy, odchodziliśmy, czasami mieszkaliśmy nawet gdzie indziej. Wracaliśmy.

A w środku babcia czekała zawsze z gotowym obiadem

Tradycja mieszkała z nami i stale błyszczała przykładem

Gruszki leżały na stole czerwone od dojrzałości

Szeptały od ucha do brzucha, że są symbolem sytości

Gruszki leżały na stole, na kredensie, na parapetach, na półkach w spiżarni, gdzie bądź. Wydawały się być ogromne, takie gruchy zza pazuchy. A może to ja byłam taka mała? Babcia robiła z nich marynaty, ciasta, jakieś słodkości. Taka babcia. Kucharka, matka, żona, kochanka i sprzątaczka. Tyle w jednym.

Widzę ją w szparze otwartych drzwi. Krząta się, ma wiele zajęć. Wie, że żyje się w trudzie, bo życie na łatwiznę pozbawione jest celu i sensu. Babcia pracuje więc chętnie, rozumie, że praca, według żydowskiego Boga jest błogosławieństwem człowieka. Nie płacze, nie narzeka. Jest twarda. I pulchna jak ziemia po deszczu. Sieje, zbiera, dzieli. Sprawiedliwie. Poza tym, babcia jest mądra. I jest to mądrość z najwyższej półki, która pochodzi od ziemi i od nieba. Nie można jej zdobyć czytając mądre księgi akademików, nie można jej kupić w dyplomach na bazarze, ani na uniwersytecie. Babcia w swojej mądrości bierze mnie za rękę, ściska mocno i nie pozwala się zgubić. Kieruje nas ku wyżynom, ku nizinom, chodzimy po znanych i nieznanych dróżkach. Zawsze wyprostowana, z uniesioną głową i śmiałym spojrzeniem. W kapeluszu z szerokim rondem, w butach na obcasach i w rękawiczkach.

– Bardzo elegancka kobieta – zauważa ktoś.

I ma rację. Babcia jest atrakcyjną, elegancką kobietą. Jestem z niej dumna.

W tym świecie reguł i przewidywalnej codzienności, w znanym, całkiem znośnym tamtym świecie, każdy miał swoje miejsce. Każdy z nas. Mój dziadek, moja matka.

Mama czytała powieści w skórzanych, twardych okładkach

A książki drzemały równo w pidżamach na półkach dziadka

Książki ustawione podwójnym szeregiem niby kolumna wojska, od jednego odlicz! Półki, które, jak zdumiona odkryła pewnego dnia, stały w miejscu oddzielającym od siebie dwa mieszkania.

– Kiedyś było tu jedno mieszkanie, z dwoma wejściami, służbowym i frontowym. Po wojnie podzielono je na pół. Takie czasy.

Takie czasy!?

Miejsce dziadka także było niepowtarzalne.

A dziadek nam baśnie prawił, uśpione i purpurowe.

I cztery były historie, po jednej baśni na głowę.

Historie przed pójściem spać, żeby mogły przyśnić się przetworzone w strachy i upiory, czarne historie, białe historie, historie szeptem i dźwięcznym barytonem.

Na co dzień istniał między kolumnami cyfr, bilans musi wyjść na zero, a wierszami wielkiej literatury. Zwłaszcza rosyjskiej. Dostojewski, Tołstoj, Czechow. Pamiętam siedzącego go w dużym fotelu, z okularami na nosie, w szeleście przewracanych kartek.

– Co tak czytasz? – pytała babcia, która czytała mało, bo „tyle pracy, sama się nie zrobi”.

– „Annę Kareninę” – odpowiadał.

Albo „Wojnę i pokój”, albo jeszcze coś innego.

Dziadek był moim pierwszym nauczycielem. Najpierw zdzierał gardło przy głośnym czytaniu „Pyzy na polskich dróżkach”, baśni braci Grimm, „Kajtkowych przygód”, a później pomagał mi sylabizować książkowe wyrazy. I kazał pisać pierwsze słowa. Grał ze mną także w gry planszowe, w karty, w warcaby i w szachy. Miałam wiele szczęścia, gdyż wygrana często była moim udziałem.

– Babciu, wygrałam!

– Znowu?

– Znowu, znowu.

Babcia na ogół nie brała udziału w zabawie, ale popatrywała z aprobatą, choć bez widocznego uśmiechu. Śmiała się rzadko. Może uważała, że uśmiech odjąłby jej nieco  babcinej powagi?

– No, Adelciu, uśmiechnij się – prosił dziadek.

Odpowiadało mu drgnienie wąskich warg i wzruszenie ramion. Najwidoczniej uśmiechała się babcina dusza. Bo babcina dusza wiedziała przecież, że jest najszczęśliwszą babciną duszą w mieście nad Wisłą. I dziadek wiedział, że babcia wie. I babcia wiedziała, że dziadek wie, że ona wie. Tak to było.

Rysunku uczył mnie wujek. Albo raczej sama się uczyłam podpatrując, małpując, naśladując. Ile można!

Wujek uginał się nisko pod pracy złotej nawałem

Wpinał do nieba czarnego gwiazdki piękne na stałe.

Okruchy gwiazdek rozsypywał po podłodze, na tapczanie, na stole, „która najlepsza?” pytał. Kolory, kształty, marzenia, linia i nieoczekiwany zawijas. Jakie piękne! Jakoś to potem sklejał, jednoczył i wyobrażał w sztuce jedynej i niepowtarzalnej.

– Jesteś najlepszy – mówiłam.

– E tam. Są lepsi ode mnie.

Głupstwa, głupstwa.

Głupstwa, które miały swoją przestrzeń, swój czas. Niczym koraliki beztroski nanizane na niciach godzin.

Oto dziadek kupuje nowe radio, słucha ulubionych walców, porywa babcię do tańca. Babcia woła: „ach, ach”, niby niechętnie i niby pod przymusem walcuje zapamiętale. A teraz dziadek kupuje gramofon. Czarne płyty kryją w sobie rytmy, kto by przypuszczał… Siedzę pod fortepianem, tam śpią w łóżeczkach moje lalki i pewien praktyczny, bo czarny miś bez uszu. Czasami odwiedza mnie ojciec, wstukuje w klawisze tęskny blues, gra pięknie, noga w brązowym bucie naciska pedał, obserwuję to z bardzo bliska.

– Chcę tak grać – mówię. – Nauczysz mnie?

– Nie mam czasu.

Ojciec nie ma dla mnie czasu. Tak to bywa.

Od czasu do czasu dziadkowie zapraszali do siebie gości. Babcia stawiała na stole kryształowe karafki z nalewkami. Zastawa stołowa, serwetki, kwiaty, świeczki. Wszystko lśniło. I wszyscy byli zadowoleni. Jedli dużo. Pieczone indyki z żurawiną, duszone borówki i sałatki. Zupy, ryby, mięsa i desery. I bigos. Czy babcia dodawała wino do bigosu?

Bigos się warzył na święta, z grzybami i ze śliwkami

Ciotki wpadały wieczorem, siadały przy stole z nami.

Pod stołem urzędowałam ja, wspaniale było patrzeć na te buty, nogi, stopy. Czuć zapach skóry i nylonowych pończoch. Brzydki i pociągający zarazem. Szczypałam wystawione na podstołowej wystawie łydki. Panie piszczały, panowie grozili palcem, ale później brali na kolana, przytulali do tłustych brzuchów i obfitych biustów. Następnie nastawiano muzykę. Dla uszu, dla węchu, dla wzroku. Trochę podrygiwano w takt zdyszanych oddechów. Pamiętam? Czułe dłonie i błyszczące oczy…

W piecach się węgiel paliło czarny jak Wiedźmina myśli.

Magiczne trunki się piło, niejeden demon się przyśnił.

A dobre duchy co rano stawały na progu domu,

Trwały na straży ogniska, skradały się po kryjomu.

Rysuję, rysuję to wszystko co ukazuje się w szparze nie zamkniętych drzwi. Długie, ciemne, podłogowe deski. Lśniły pastą do podłóg i ciężką pracą babci. Ściany w kolorowe tapety. Obrazy w grubych ramach. Biurko dziadka, przy którym podliczał swoją nieposzlakowaną uczciwość. Ogromny stół i solidne krzesła, obite skórą. Białe firanki. Przepastny kredens z kryształowymi szybkami, który skrywał stołową zastawę oraz dziadkowe zaskórniaki. Mieszczaństwo, z całą swą mieszczańską frazeologią. Mieszczański spokój, mieszczańska przewidywalność zdarzeń. W kuchni kuchnia kaflowa, od której bije żar i żarliwa czerwień. Długi pogrzebacz, którym babcia porusza rozgrzanymi fajerkami, zielony, drewniany stół, przy którym szepczą dorośli, rozmawiają o sprawach ważnych i poważnych.

Rysuję historię dzieciństwa, fragmenty, szczegóły, o!, tu są stare zdjęcia, wyblakłe wspomnienia. I wilgotne oczy. Nie starcza ołówków na opowiedzenie całej sekwencji zdarzeń, nie starcza pamięci na podsumowanie wszystkich zysków i strat. Kilogramy uczuć, album z zasuszonymi płatkami kwiatów, dawna pięciolinia i zapomniane nuty. I los, który chciałoby się ocalić od zapomnienia. I wszystko co przemija. W As – dur sonacie.

Dom mój rodzinny przeminął, rozmył się w cichej nostalgii,

Kładę na jego pamięci tęskliwy bukiet azalii,

A prochy trzymam głęboko, w sercu bijącej klepsydrze.

Czekam na wspólny nasz koncert na osiem rąk i na skrzypce.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *