Zaczytana

Opublikowano 06.09.2011

Dziewczyna siedzi w fotelu pod oknem. Jasne włosy upięte w wysoki kok zamieniły ją w kobietę. Elegancja i nobliwość. Jaskrawy odcień różu i pastelowa uroda. Nieśmiały uśmiech. Ona. Monique. Moja nowa modelka. Pierwszy raz zobaczyłem ją kilka dni temu w tylnej części ogrodu. Rozwieszała na sznurze białe prześcieradła. Trzepot płócien współgrał z melodią ludowej piosenki, którą nuciła fałszując niemiłosiernie, sama radość, beztroska, kołysanie bujnymi biodrami. Pełne piersi prawie widoczne, aż czułem swędzenie palców. Przelotna chwila na trzy czwarte, chce się tańczyć, obłapiać, przyciskać. Malować. Chce się malować.

– O! Mousieur Renoir! – wykrzyknęła na mój widok, zaróżowiona twarz stała się jeszcze bardziej różowa, oczy błyszczały. Patrzyłem na ciało pełne ruchu i wibracji, barwy dnia jakby wniknęły w podświetloną skórę. Uśmiechnęła się i poprawiła bluzkę, żeby zakryć biel ramion, bezwstydna i wstydliwa jednocześnie. Ile mogła mieć lat? Osiemnaście? Dwadzieścia?

– Ile masz lat? – zapytałem, spłoniła się jeszcze bardziej, spojrzeniem uciekła między trzepoczące prześcieradła, nie ma mnie, nikt mnie tu nie znajdzie. A jednak znalazłem ją szybko, przed okiem artysty nic się nie ukryje, ani kolorystyka spoconej skóry, ani bujne kształty wiejskiej młodości. Była taka piękna. Przypominała jabłko gotowe do schrupania, czerstwy rumieniec twardej skórki i domyślny miąższ grzesznego owocu.

– Będziesz mi pozować? Pytanie padło niczym kubeł zimnej wody. Pozować? Czy będzie pozować? Dziewczyna zerknęła na mnie z przerażeniem, wspomnienia nagich modelek wypełniły nieprzyzwoicie przestrzeń, oddech nabrał tempa, cóż sobie myśli ten staruch, jak śmie, wielki mi artysta!

– Ja nie jestem taka – mruknęła trochę obrażona, że nie jest, że nie taka, jaka nie jesteś, pomyślałem, była wzruszająca w swojej niewinności, naiwności, przekorności. Szkoda, że nie jesteś.

– Będziesz mi pozować w ubraniu – powiedziałem uspokajająco.

– Dwa franki za sesję. Jutro? Przyszła punktualnie. Posłusznie włożyła żakiet, który wyciągnąłem z przepastnych zasobów szafy mojej żony (Aline nigdy nie protestowała, kiedy ubierałem modelki w jej stare ubrania), na szyi zawiązała kolorowy fular, jasna cera dobrze komponowała się z ciemną zielenią stroju. Ulotny blask słońca, teraz, właśnie teraz warto uwiecznić chwilę, niech trwa.

– Będziesz czytać książkę – powiedziałem i podałem jej grube, sczytane tomisko. „O?’ zapytała, może westchnęła, okrągłe, zdziwione „o” zawisło między nami. Wielkie oczy błysnęły wieczornym błękitem, patrzyła oszołomiona. Książkę? Będę czytać książkę? Jaką książkę? O czym? I po co? Książka była dość ciężka, sfatygowane kartki straciły nieco ze swego pierwotnego szelestu, dotykały ich liczne palce, które zostawiły ślady czasu, niechlujstwa i zapomnienia. Książka licznych czytelników. Miękka okładka przylegała do dłoni niczym rękawiczka, wygodna i spolegliwa.

– Nie ma obrazków? – Monique nie potrafiła ukryć rozczarowania, co to za książka bez ilustracji, czarny maczek liter w nudnej monotonii wyrazów.

– Wolałabyś z obrazkami? – zapytałem, uśmiechnąłem się wyrozumiale, no pewnie, każdy by wolał, ułożyłem książkę w jej dłoniach, o tak, właśnie tak, palce mają być widoczne, tutaj jedna ręka, tu druga, tak masz ją trzymać, to powieść, która ci się podoba, bardzo podoba, coraz bardziej podoba, o tak, trochę wyżej, jesteś zauroczona, ale nie za wysoko, co za piękna historia, trochę mocniej, jeszcze mocniej, ale nie za mocno …

– Nie mogę tak siedzieć przez parę godzin. Jest mi niewygodnie – protestowała słabo, naburmuszona, bała się, że zdrętwieją jej palce, plecy, myśli, jak można siedzieć godzinami bez ruchu, wpatrywać się w jakieś głupie kartki i to ma być sztuka! W oddali szumiało morze. – Teraz wyprostuj głowę, pochyl trochę w bok, świetnie, tak, tak, bardziej w prawo … Słońce rozświetliło jej włosy, rozbłysło kolorami dnia. Zbliżał się wieczór, ciężki, ciepły, zmysłowy. Czas na codzienny kieliszek absyntu, ciekawe, co by powiedziała, gdybym ją poprosił o dotrzymanie mi towarzystwa?

 – Uśmiechnij się, tak, nie za bardzo, uśmiechnij się lekko, właśnie czytasz coś zabawnego, pomyśl o czymś wesołym, pogodnym, skoczne rytmy tanecznej muzyki i do tańców ochota, no pomyśl … Uśmiechnęła się figlarnie do wspomnienia, tajemnicza przeszłość, wiosenne spotkanie, sekret pełen słodkiego zadowolenia, konfitury ciotki Amelii polane słodką śmietaną i aromatyczna czekolada. Podniesione kąciki ust, które naszkicowałem szybko, żeby nie uronić ani kropli wewnętrznego pamiętania. Twarz czytelniczki, która z rosnącym zainteresowaniem śledzi losy wymyślonych bohaterów, co teraz będzie, i co teraz będzie? Smukłe dłonie trzymają grzbiet książki, szmer przewracanych kartek, cisza pełna oczekiwania. Monique?  Barwy rozbite na składniki. Żeby uchwycić ruch, trzeba patrzeć krótko, wtedy widzi się to, co najbardziej istotne. Roztrzepanie jasnych włosów, łagodny owal policzka. Uśmiech czerwonych warg. Opuszczone powieki i wzrok skierowany na pożółkłe stronice wymyślonego świata fikcji. I wszystko jest jeszcze możliwe. Dziewczyna w fotelu pod oknem siedzi prawie bez ruchu. Nie narzeka już na niewygodę, cierpliwie czeka na wynik mojej pracy. Światło, kolor, kształt, wszystko w służbie niepowtarzalnego wizerunku. Kobieta, która zapomniała o bożym świecie. Wkroczyła w fikcyjny czas marzeń. Jest zaczytana. Tak właśnie nazwę ten portret. „Zaczytana”. W przyszłości obraz będzie wisiał w jakiejś modnej galerii. Nikt nawet się nie domyśli, że kobieta na portrecie była analfabetką. Moja śliczna modelka, która nigdy nie nauczyła się czytać. Monique. Moja droga Monique. Och, Monique…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *