Nagrodzone

Nagrodzone

– październik 2010

– Wyróżnienie w VIII ogólnopolskim konkursie literackim, wrzesień 2010, organizowanym przez Kozienickie Centrum Kultury za opowiadanie Gatunek – ojciec – do przeczytania w październikowym 2010 poście – 

– grudzień 2009

– II nagroda w konkursie V edycjii Zabrzańska Jesień Literacka 2009 zorganizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Zabrzu za opowiadanie – Dzień pamiętania

– lipiec 2009

– Nagroda Publiczności w prozie oraz osobiste wyróżnienie Stefana Dardy w I Konkursie Literackim o Platynowy Kałamarz zorganizowanym przez www.forum.mysli.com.pl za opowiadanie – Ojca Franciszka pogaduszki z Bogiem– żeby przeczytać to opowiadanie należy się zarejestrować na forum, lub wejść na inauguracyjny post – do znalezienia w archiwum.

– czerwiec 2009

– I nagroda w kategorii: Inspiracje twórczością Juliusza Słowackiego w Konkursie Małych Form Prozatorskich WRZENIE V –Bez końca pieśń

– marzec 2009

– Wyróżnienie  w Konkursie zorganizowanym przez blog.onet.pl –Komu potrzebny jest Dzień Kobiet ?Aurelia za notkę „Dzień Kobiet”

– styczeń 2009

  • Nagroda główna w Konkursie  zorganizowanym przez blog.onet.pl – na opowiadanie zaczynające się od słów: „Miała głos, który wzbudzał zaufanie.” tytuł opowiadania –Dziewczyna z czwartego piętra

 

 

1. Nagroda Pbliczności oraz osobiste wyróżnienie Stefana Dardy w I Konkursie Literackim o Platynowy Kałamarz (14.07.2009) Ojca Franciszka pogaduszki z Bogiem Na trzecim piętrze, przy otwartym oknie starej kamienicy, ulica Krzywa 13, siedzi ojciec Franciszek, emerytowany proboszcz maleńkiej wysokogórskiej parafii, sto kilkadziesiąt dusz, ślub, komunia, pogrzeb, pochwalony pochwalony, spotkania pod gruszą, a wszyscy sami swoi, znani od podszewki, od becika, od chrzcielnego krzyku. Żeby tak cofnąć czas, odwiedzić starych gazdów, pogrozić sprawiedliwie palcem i nie wódź nas na pokuszenie... Ojciec Franciszek jest starszym korpulentnym mężczyzną, okrągła twarz, szerokie czoło, pajęczyna zmarszczek wokół niebieskich oczu, i tych od śmiechu, i tych z krótkowzroczności. Serdecznie spogląda w przeszłość, skrupulatnie podsumowuje teraźniejszość, życzliwie podpatruje bliźnich. Swoje spostrzeżenia i tęsknoty omawia z Bogiem, który do wymiany poglądów i plotek z Franciszkiem zawsze jest chętny i gotowy. - Chciałoby się choć Chmielów zobaczyć, Wojciechowa pewnie konfitury już smaży, Wojciech bimber pędzi – ojciec Franciszek uśmiecha się do wspomnień, miód z białym serem zajada, prawdziwie pszczeli, bez podróbek, antybiotyków, z własnej Wojciechowej pasieki, kwiaty jak sercem sięgnąć, darczyńca pełnymi garściami. Ano, ojcze Franciszku, weźcie tu kilka litrów lipowego, prosto z naszych gór, na zdrowie, nie ma to jak miód na gardło i na hemoroidy za przeproszeniem. I na długie życie. Staruszek głową kiwa, wspomina, muzykę słyszy. Muzyka wprawia go w nastrój spokoju i kontemplacji, ogarnia cały mikrokosmos, dociera do makrokosmosu, szeroko otwarte ramiona, niby cyrkiel naziemny, zaczarowany, tęczą nad miastem, nad chmurami, namacalnie i nienamacalnie, bosko i nie bosko. Tak, tak! Tęskni się do starych przyjaciół. Ogród za plebanią, własne warzywa, owocowe drzewka. Przed domem wsiowe kwiatki, do wyboru, do koloru, do dziewczyńskich stroików i do glinianych dzbanków. W cieniu leciwej jabłoni stół popękany starością, gościnnością, siadywali przy nim sąsiedzi. - Słyszysz mnie Boże? Bóg nasłuchuje, skory do tajemnicy konfesjonału, mów synu mów, mów, zwierzaj się, co ci tam na wątrobie leży, co ci w płucach świszczy, co w krtani łaskocze, ile razy, gdzie, z kim. I czy dobrze było. No, bo jeśli było warto... - A ty ciągle swoje! - ojciec Franciszek przerywa boskie wypytywanie, nie o grzechy cielesne tu chodzi, potliwe, skrywane przesądnie, skreślone z katalogu rozmów publicznych. Nie? No nie. Szkoda? Niestety! Czyżby słychać było w niebieskim pomruku nutkę rozczarowania? Ciężkie westchnienie i stała afirmacja stanu boskiego, który zrodził się dawno, nie wiadomo jak, nie wiadomo gdzie, nikt już nie pamięta przez kogo, ojciec nieznany i ogólnie nuda. - Czyżbyś był rozczarowany? - Ojciec Franciszek uśmiecha się pod nosem. Nie pierwszy raz Bóg trąca seksowne struny popędu, który stworzył w chwili uniesienia, do wiecznego ludziom zazdroszczenia. - Zaraz tam rozczarowany! Pogadałbym o czymś, czego nie znam, ale chyba zły adres, co? - Zły adres – przyznaje ojciec Franciszek, uśmiecha się dobrotliwie, żartowniś z tego Boga, nie ma co, żartowniś, ale cóż ... niech sobie choć pożartuje, skoro niektórych aspektów życia ugryźć nie może, posmakować nie może, powąchać nie może. A swoją drogą, ciekawe co też by ugryzł, posmakował i powąchał, gdyby mógł? Ojciec Franciszek dzień rozpoczyna rutynowo, śniadanie, herbata ziołowa, brewiarz, modlitwa wybrana starannie, na porę roku, na dzień, na godzinę, na deszcz i na pogodę. Na otuchę i żeby Opatrzność była z nami zawsze i wszędzie. Szaman dwudziestego pierwszego wieku, obowiązki radosne i na pożytek ludziom i Stwórcy, Ojcze Nasz, Ojcze Nasz i po katolicku Maryja, wieczna dziewica. Po pacierzach trzeba dzień pochwalić, każdy jest piękny, każdy potrzebny, tyle radości, konfitury i chili, bita śmietana i gorczyca, sos słodko kwaśny i ziarenka smaku. Ojciec Franciszek patrzy w błękitne niebo, niebo jakby schyliło się ku tej figurze pospolitej, a jednak jedynej, bliżej, ściślej, niech nikt nie słyszy, nie przeszkadza, nie przerywa. Słyszysz mnie Boże? Przestrzeń budzącego się miasta, trzask zamykanych drzwi, prędkie kroki, do pracy, do sukcesu, do śmierci. Codzienność. Mówisz coś, Boże? Więc nie o seks tu chodzi, pyta Bóg niegramatycznie, w końcu sam gramatyczne reguły wymyślił, może sobie pozwolić, żeby ich nie stosować, zapominać, robić wyjątki. Ano, nie o seks, objaśnia ojciec Franciszek, doprawdy doprawdy, powiadam ci Wszechmogący, przypomnij sobie, po co to wszystko stworzyłeś, jak się namęczyłeś, ile dni na to zużyłeś. - Siedem? - upewnia się Bóg, no widzisz, nie pamiętasz, wytyka ojciec Franciszek, a jednak Bóg kontynuuje miłe wspomnienia, niechaj zbiorą się wody spod nieba w jedno miejsce, niech się pokaże powierzchnia sucha. Niechaj ziemia wyda rośliny zielone. Skąd te zielone? Czyżby przedtem stworzył kolory? - Trawy będą dawać nasiona, drzewa będą dawać owoce – wylicza Bóg, jednak pamięta. Wybuch, jasne mknienie myśli. Cud. I było dobre. Franciszek kiwa z aprobatą głową. Tak tak. Niechaj się stanie. Sięga po pralinki w czekoladzie, ulubiona pokusa, grzech łakomstwa. Świat idzie do przodu, wyroby cukiernicze coraz lepsze. Bajaderki, bezy, orzechowe torty, lody z karmelem. - Czwartego dnia stworzyłem ciała niebieskie, które świeciły na sklepieniu nieba, żeby oddzielić dzień od nocy, wyobrażasz sobie, dzień od nocy, sprytnie... Wody zaroiły się od istot żywych, a ptactwo zaczęło latać nad ziemią… - Wielkie potwory morskie. I lądowe. Dinozaury – wtrąca Franciszek. Z pudełka wydłubuje pralinkę. Ostatnia? Sięga do kredensu, na dolnej półce leży paczka z kokosowymi herbatnikami. - Apetyt ci dzisiaj dopisuje Franciszku, apetyt dopisuje – boski szept wyrywa ojca Franciszka ze smakowitego nastroju, nic się przed postrzeganiem wiekuistym nie ukryje, o ciuciubabce zapomnij! Dzięki Bogu, apetyt jeszcze dopisuje, stwierdza dziękczynnie staruszek, łaknienie zawsze kojarzy się z dobrym zdrowiem, regularne wypróżnienia, głęboki sen, dobre samopoczucie. - A smaczne to chociaż co tak skwapliwie wcinasz, smaczne to? - Bóg dopytuje ciekawie, sam by pewnie spróbował gdyby mógł, niestety, o stworzeniu kubków smakowych dla siebie nie pomyślał. - Aż za dobre, dobry Boże, aż za dobre – ojciec Franciszek sapie z zadowolenia, mądrze ten świat zorganizowany, posiłki w służbie ludzkości, przekąski w służbie ludzkości, słodkości w służbie ludzkości. Z dziesięciu miar przysługującego łakomstwa zdaje się, że ojciec Franciszek zagarnął dziewięć. Nie ma co! - Na szczęście nie samym jadłem człowiek żyje – mówi Bóg sentencjonalnie, sam wie najlepiej, w końcu do materialnego ciała duszę transcendentną dołożył. Na obraz i podobieństwo, z prochu ziemi, w ludzkie nozdrza tchnienie życia. Bóg szepcze z rozrzewnieniem, ach, stare czasy, dawne dzieje. Jest jeszcze dusza, umysł, wrażliwość. Egzystencjalne pytania. Zasady, istota istnienia. I czy wszystko jest pod kontrolą? Zaplanowane? Bo chyba nikt tu w niebiańską ruletkę nie gra? I skąd ten nagi mężczyzna, i ta kobieta, która od zarania dziejów nie ma się w co ubrać, i ten nieszczęsny Kain, przeklęty na wieki? Wiadomo, życie ogólnie piękne jest, mądrość znajduje się pod pigwowcem, dobroć zaś w miejscu zwanym „Pan widzi” w krainie Moria. I amen amen, czyli Pan oświadczył stanowczo. - A ty znowu swoje! - Stwórca jest trochę znudzony, jednak odgadł esencję myśli, w końcu co Bóg, to Bóg, wszystko może. Miły ten Franciszek, ale ciągle przynudza. Pyta, tezy stawia, analizuje. Po co było tworzyć filozofów, myślicieli, teologów, nagabują, źle odczytują, inaczej interpretują. Następnym razem trzeba pomyśleć o większej ilości humorystów, satyryków, kabareciarzy. Zmienny Bóg w wiekuistej stałości. Weselej będzie. - Weselej będzie! - Wykrzykuje Bóg prosto w Franciszkańskie ucho, aż się ojczulek przeląkł, wzdrygnął, prawie podskoczył. Weselej będzie? - A szóstego dnia... - Stwórca zamyśla się, przypomina, co też stało się dnia szóstego, hm hm, kiedy to było, jak się skończyło, zostały dźwięki psalmów, dzisiaj grywane w rytmach bluesowych, rockowych, metalowych. Też nieźle. - A szóstego dnia Bóg stworzył człowieka na swój obraz – podpowiada ojciec Franciszek. - I doprawdy doprawdy, powiadam ci Wszechmogący, stworzył go aby był szczęśliwy, bo każdy święte prawo do szczęścia ma i... Słowa milkną nagle, cicho cicho, ojciec Franciszek przybliża twarz do okna, coś takiego, czy to możliwe, a jeśli możliwe, kto by się spodziewał... - Szóstego dnia stworzył Bóg mężczyznę i niewiastę... - Cii ... - chwila niepewności zdaje się trwać w nieskończoność. Na zawsze. Na wieki wieków. - Bóg im pobłogosławił... Coś mówiłeś? Co się dzieje? - To ona? - Jaka ona? Co za ona? - Bóg szepcze podekscytowany, nie co dzień każą mu siedzieć cicho, nic nie mówić, uważać. Tajemnica pachnie woskiem wypalonych świec. - Czekaj, czekaj! Mówisz o tej małej w jaskrawej sukience, która stoi na rogu ulicy i patrzy w okna? O niej mówisz? - Upewnia się Wszechwiedzący. Po przeciwnej stronie ulicy, w cieniu sklepowych markiz, stoi młoda dziewczyna, spogląda w okna kamienicy, szuka znajomej twarzy. Letni wiatr rozwiewa jasne włosy, podwija nieskromnie szeroką spódnicę. Ona? Jaka ona? - Ojcze Franciszku! Ojcze Franciszku! Gdzie jesteś! - dziewczyna krzyczy donośnie. Szerokie dźwięki fruną w górę, ku niebu, ku nadziei. - Muszę z tobą porozmawiać! Musisz mi pomóc! - To chyba córka starego Wojciecha, jak jej tam, oczy ma zielone, że aż zielone – mówi Bóg, tyle na świecie zielonookich śliczności, doprawdy można się pomylić, dzieło stworzenia rozmnożone nad wyraz, podobno do sześciu miliardów ludzkich stworzeń już dochodzi, nikt chyba nie kontroluje urodzin. I kto by pomyślał? - Celinka! – sapie radośnie ojciec Franciszek. - Celinka! A co ciebie dziecko tutaj sprowadza!? - O właśnie. Celina ma na imię. - Toż to Wojciechowa córka! - Przecież mówię. - Trzeba ją przyprowadzić na górę! Już lecę, Celinko! Lecę już! - Zaprawdę zaprawdę, po co ten pospiech, przecież ona tam stoi od jakiegoś już ziemskiego czasu, hola hola, dokąd to, powiadam ci, niegrzecznie tak rozmowę przerywać! Boskie skonsternowanie wypełnia pokój, sięga kuchni i maleńkiej sypialni. Ale Ojca Franciszka nie ma już w jego zasięgu, wypadł z mieszkania niczym piorun kulisty, szast prast, na przekór starym kościom, wbrew zwiotczałym mięśniom, prędkość sapnięć po których zostaje tylko krzywizna przestrzeni. Nie usłyszał boskiej propozycji, która może byłaby spełnieniem modlitwy? - Przecież mogę pomóc – szeptał Bóg. - Chętnie pomogę. Coś wymyślę, na pewno coś wymyślę. W końcu jestem Bogiem. - Musi mi ojciec pomóc, jedyna moja w ojcu nadzieja, nikt mi już więcej pomóc nie może – Celina płacze, wzdycha, ręce załamuje, paznokcie obgryza. Tusz czarny z rzęs po policzkach spływa, co robić, kogo pytać, komu zawierzyć? Proszę Cię Boże, posłuszeństwo przyrzekam, pokutę odprawię, pacierze zmówię, teraz i zawsze, i jutro, i pojutrze. I na ślubnym kobiercu. Czy Bóg spełnia pragnienia dziewiętnastoletnich dziewczyn za przyrzeczenia bez pokrycia? Niebiańskich weksli żadni aniołowie jeszcze przecież nie wymyślili. A czy spełniłby gdyby mógł? Ojciec Franciszek i Wojciechowa córka siedzą w ciszy maleńkiego pomieszczenia. Staruszek okna zamknął, niech hałaśliwy zgiełk miasta w rozmowie nie przeszkadza, westchnął głęboko, brwi zmarszczył. - Herbatę zrobię – mówi, czajnik nastawia, wiadomo, na frasunek najlepszy herbaciany trunek, z cukrem, z malinowym sokiem, albo z płatkami jaśminu. - Bez ojca do wsi nie wrócę, bez ojca nie wrócę – jęczy Celinka coraz głośniej, nos wyciera w higieniczną chusteczkę. Chusteczek stosik. Rośnie, wszędzie łzy i smarki, smarki i łzy. Oczy czerwone ze smutku. Powieki obrzmiałe. I co teraz będzie? Ojciec Franciszek życzliwego spojrzenia nie skąpi, przytula jasną główkę do szerokiej piersi, pochyla się nad tajemnicą doli człowieczej, nad ciężarem zmartwienia, które zawsze waży tyle, co kamień nagrobny. Każdy swój krzyż niesie na miarę pragnień i słabości. Droga na Golgotę wyboista i daleka, Szymonów z Cyreny do pomocy brak, oj brak! - A przecież go kocham, kocham go nad wszystko! - Celinka wyznaje między chlipnięciami, że kocha, że życia sobie nie wyobraża, że lepiej już umrzeć, niż tak bez niego, bez sensu. I wszystko do grobowej deski, na zawsze, w miłości i w chorobie, a i w zdrowiu jak najbardziej, w biedzie, a niechby i w bogactwie, pomóż ojcze Franciszku, ojcze Franciszku pomóż, twojego słowa wysłuchają, z twoim słowem się pogodzą, na twoje słowo liczą, o Boże Boże, o szczęście proszę, bądź sprawiedliwy i na moje wołanie miej uszy otwarte. Uszy otwarte miej! - Ale o co chodzi? - ojciec Franciszek po ziemi stąpa twardo, ciężkimi krokami wybija zdrowy rytm istnienia, pytania zadaje. Ale o co chodzi? - O Jędrka z Zapustowa. - Kazikowego syna? - Ano. - A co z nim? - Tato na ślub się nie zgadzają. - A czemu to? - Bo on ateistą jest. Ach tak. Ateistą jest. Ateiści istnienie Boga negują, życie desakralizują. Dogmatycznie, kategorycznie, sceptycznie. Dla afirmacji człowieka. Ojciec Franciszek dłonie do modlitwy składa, trzeba coś postanowić, przemyśleć, informacji zasięgnąć. Homo-chrześcijanicus podejmowania decyzji się nie boi, został wszak stworzony do działania i dokonywania wyborów. Gdy życie staje się nagle niewygodne, jakby buty o numer za małe. Zwłaszcza wtedy. No cóż. Ateiści też ludzie? Prześpij się Celinko. Jutro coś wymyślimy. Niepokój wypełnia pokój po każdy zakamarek, każdą szczelinę. Troska, niby rój meszek, bzyczy znacząco. Bóg szepcze leciutko, zmartwił się ludzkim cierpieniem, wiadomo, miłość to miłość, system zero jedynkowy. Najważniejszy. Siła napędowa. I co teraz będzie? - I co teraz będzie? Diabli tylko wiedzą, jak z tego wybrnąć! - syczy ojciec Franciszek nieopatrznie, cicho cicho, żeby Celinki nie zbudzić, Bóg krzywi się z niesmakiem, albo krzywiłby się, gdyby mógł. - Nie bluźnij, synu, nie bluźnij – mówi. - I diabła, tfu, nie przyzywaj nadaremno. Jeszcze się z zamroczenia piekielnego ocknie i przyleci tu nieproszony. * Dzień budzi się śpiący, byle jaki, pomarszczony. Poszarzałe chmury, rzeczywistość bez blasku. Wczorajsze wątpliwości wracają wraz z niechętnym otwarciem oczu, budzik terkocze zawsze za wcześnie, zawsze nie w porę, wstawać trzeba, ziewnąć, nogi postawić ostrożnie na drewnianej podłodze. Kawę wypić. Do drogi się przygotować? - Jedziemy – ojciec Franciszek komendę wydaje, torbę podróżną pakuje, szczoteczka do zębów, krem do golenia, brewiarz, sweter na zmianę, różaniec, koszula, pidżama, co jeszcze? Święte obrazki? Droga przed nimi długa, bo w argumentach za i przeciw mierzona. - A jak się tato nie zgodzą? - Celinka pyta piskliwie, buzia skrzywiona, do płaczu skora, chusteczki higieniczne na podorędziu. Miłość trzeba wywalczyć, wyprosić, wykrzyczeć. I wyszeptać pokornie, z czułością. - Tylko mi tu nie bucz – ojciec Franciszek palcem grozi, łez babskich ma już dosyć, poza tym, noc spędził w niewygodzie, na materacu. Nie wyspał się. I za jakie grzechy, właściwie? - Ja nie buczę – buczy Celinka, nos głośno wyciera, smutek odpędza, ech ty dolo dziewczyńska, ty dolo! Kiery miłość wskazują, ale jakże im wierzyć, skoro dziewiątka pikowa tuż tuż, na kłopoty, na niezgodę, na serce potłuczone? - A co będzie jak się tato zaprą? - znak zapytania wisi w powietrzu, podwójny, potrójny, pogrubiony i z podkreśleniem. Bo co będzie? - A co będzie jeśli tato nie będą chcieli rozmawiać? Nawet z tobą, ojcze Franciszku, nie będą chcieli rozmawiać? To co będzie? Chłód pełen zwątpienia, złośliwy chichot niewiadomego. Ojciec Franciszek głowę pokornie schyla, wzdycha ciężko, nie jest łatwo w sprawie zakochanych orędować, wysłuchaj mnie Panie, niech się wola Twoja stanie, ale mnie wysłuchaj, sił dodaj, spełnij i na wieki wieków. * - Ojciec Franciszek do naszego Wojciecha przyjechał! - Ojciec Franciszek przyjechał! - Do starego Wojciecha? Ojciec Franciszek? Przyjechał? Informacja niczym pajęcza sieć, lepka, ścisła, od sąsiada do sąsiada, od zagrody do zagrody, od ucha do ucha, pokątnie, w sekrecie. - O Boże – szepcze Wojciechowa żona, szybko się po chrześcijańsku żegna, wiadomo – nie używaj imienia pana na daremno, na psa urok i odpukać w niemalowane drewno. - O Boże – szepcze Stach, Wojciechowy syn, rozgląda się uważnie na boki, kota czarnego z daleka omija, chyłkiem do pobliskiego baru się przenosi. - O Boże – szepcze Jagoda, Wojciechowa synowa, palce przeciwko nieszczęściom krzyżuje, co to będzie się działo, co będzie się działo, tylko plunąć przez ramię, oczy zamknąć, o świecie zapomnieć. Bóg wsłuchuje się zadziwiony tak licznymi dowodami pamięci, czy ktoś chce czegoś, o coś prosi, czy coś umknęło boskiej uwadze? Zasłonki w oknach naprzeciwległego domostwa lekko się poruszają, ktoś zerka ostrożnie, ktoś wpatruje się chciwie, sensacja, miło dzień od pikantnej scenki rozpocząć, cudze utrapienie smakować. Ojciec Franciszek dziarskim krokiem do drzwi Wojciechowej chaty podchodzi, puka donośnie, Wojciechową żonę pochwalonym wita. - Nikogo widzieć nie chcę! Z nikim gadać nie będę! Co postanowione, to postanowione! Honornik jestem! - głos starego Wojciecha rozbrzmiewa donośnie, niczym wykrzyknik wzmocniony, definitywny, nie ma zmiłuj! Złość rozkwita na twarzy ojca Franciszka purpurowym rumieńcem, jakże to tak, tyle wieczorów wspólnie przegadanych, tyle nalewek wspólnie wypitych, tyle zachodów słońca razem w milczeniu, tyle wszystkiego! Oburzenie, całkiem nie kapłańskie, pojawia się w surowym spojrzeniu, dłonie ściskają się w pięści, w końcu człowiek tylko człowiekiem jest, choćby i na podobieństwo boskie stworzonym. Stwórca patrzy zmieszany, cóż to się dzieje, ksiądz, a zachowuje się jak awanturnik jakiś, tyżeś to mój Franciszku, tyżeś to we własnej osobie? - Jak to było ... toleruj nieprzyjacioły swoje, policzki nadstawiaj, zdaje się ktoś upoważniony nauczał, w gniewie się nie zapominaj, rozumu używaj. Rozumu używaj, słyszysz?! Ale ojciec Franciszek zdaje się boskiego upomnienia nie słyszeć wcale. Plecy prostuje, wojowniczo wciąga głęboki haust powietrza i żwawo kieruje się do izby, z której gromki głos starego Wojciecha dochodzi. Niech się dzieje wola nieba! - Mnie nie chcesz widzieć, harpaganie jeden! Mnie!? Dobrodzieja twojego!? - staruszek z impetem otwiera drzwi do izby, w której stary Wojciech przy ławie siedzi, pelenkę popija, nad swoim nieszczęściem rozmyśla. - A może tak wspólnie z przyjacielem byś nad losem poradził, a boczyć się przestał!? Wojciechowa drzwi ostrożnie zamyka, kłótni słuchać nie chce, choć mocne słowa i tak do jej uszu dochodzą. - Przeca hańba to przed całą dziedziną! Ateista jakowyś! Tego nam życzysz!? W Boga nie wierzyć!? Co z ciebie za jegomość! - Każdy człowiek prawo do szczęścia ma. I ateista wcale nie jakowyś! Przecież to Kazika syn! Nie deduła, nie baciar, chłop jak się patrzy! I charatać umie! Ojciec Franciszek na starą twarz Wojciecha spogląda, nowe zmarszczki widzi, nowe utrapienia, nie ma rady na upływ czasu, nic nie jest w stanie zmienić nurtu rzeki i powstrzymać losu. - A może byś wolał Antka od Rybików, albo Staszka z Chyżnego? Chrześcijany jak się patrzy, w kościele co niedziela, a zaraz po kościele w barze do wieczora. Wolałbyś!? Stary Wojciech jałowcówkę do kieliszków nalewa, drżącą ręką kieliszek w stronę ojca Franciszka podsuwa, tyle się ostatnio dzieje, tyle się dzieje, trzeba nerwy ukoić, po rozum iść do głowy, ksiądz o braku miłości do bliźniego wspominał, o nietolerancji mówił, ale czy taki ateista to też bliźni, nie daj Boże, nie daj Panie Boże! Diable nasienie! Cholera jasna! Czort jeden! Bujok i tumok! Bóg przysłuchuje się zaszokowany, tyle inwektyw, tyle jadu, słowa śmierdzące, czego to ludzie nie wymyślą, nie wykrzyczą, nie wdepczą w ziemię. - Każdy w życiu drogi do Pana Boga szuka. Ateista też, chociaż sam tego nie wie. Tylko jego droga trudniejsza i dłuższa. I dlatego w niebie lepiej nagrodzona! - ojciec Franciszek głową ze znawstwem kiwa, w końcu na sprawach wiary zna się jak mało kto, wiadomo – nie będziesz miał bogów cudzych przede mną i tak nam dopomóż, tak nam dopomóż. - A z Kazikowym Jędrkiem to ja już sobie pogadam, oj pogadam. I te ateistyczne bzdury ze łba mu wybiję, oj wybiję. - A aby się uda? - stary Wojciech patrzy z oczekiwaniem, córkę ma przecież jedną, szczęścia jej poskąpić nie chce. - A co się ma nie udać! Bóg mi pomoże! Ojciec Franciszek ręce z zadowoleniem zaciera, pacierze w myślach szepcze, Stwórcy dziękuje, udało się starego Wojciecha przekonać, uda się i Kazikowego Jędrka na dobrą drogę zawrócić i Celince pobłogosławić. A jakże! Bóg wsłuchuje się w słowa modlitwy, jaka jest piękna, święć się Imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, tyle poezji, tyle westchnień i nadziei. Tyle wiary w moc i spełnienie. Udał się Wszechmocnemu ten twór gliniasty, uczyniony na boskie podobieństwo, który sprawcze słowo rozumie i na swój pożytek przetwarza. Kiedy to było? Dnia szóstego? Udałeś mi się Franciszku, człowieku myślący! Udałeś się! Koniec

2.

20.10.2010 nagrodzone

Opowiadanie „Gatunek – ojciec” wyróżnione w VIII ogólnopolskim konkursie literackim, wrzesień 2010, organizowanym przez Kozienickie Centrum Kultury

Kiedy ojciec stanął przed obliczem Boga, którego nie ma, najpierw się zdziwił, no bo jak to! Ktoś w kulki leci, balony dmucha, nakłuwa, nie tak miało być, tak być nie miało, gdzie jest nieświadoma ciemność, brak odpowiedzialności, pokruszona pamięć i w proch się obrócisz? A później chrząknął, żeby zwrócić na siebie boską uwagę.
– No i co tam? – leciwy staruszek z twarzą pomarszczoną niby suszona śliwka uśmiechnął się dobrotliwie. No widzisz, nie taki boski straszny jak go malują. No i co tam, pyta.
Ojciec przed obliczem Stwórcy drgnął, sapnął, w głowę się podrapał, kilka przewinień sobie przypomniał, ile razy, z kim, dlaczego. I kiedy to było. Więcej grzechów nie pamiętał, wiadomo – po śmierci pamięć krótka, wspomnienia zamglone.
– Jakoś tak…
– Mów głośniej! Ja już nie dosłyszę! – staruszek suchą dłoń do ucha przyłożył, ach ci śmiertelnicy, co jeden, to bardziej na chorobę strun głosowych cierpi, szeptem się spowiada. Winny? Niewinny? A może pół winny?
– Jakoś tak wyszło – ojciec powtórzył.
Tak wyszło. Tak się złożyło. Bo to i kobieta nie ta, i związek chyba z przypadku, dziecko też jakieś takie… Nie to przeznaczenie.
– Gdybyś Boże spowodował inne okoliczności, inną wiosnę, inną młodość…
Gdybyś nie wodził na pokuszenie. Gdybyś nie zaniechał, nie lenił się, drzemki sobie nie ucinał gdy ważyły się losy… Ech!
– Ech? Nie bluźnij – przestrzegł Bóg, poczęstował ojca czekoladką z nadzieniem miętowym. Żeby nie prowokował, nie zmyślał i żeby pamiętał kto na wysłużonym, niebieskim fotelu zasiada. Co się stało, to się nie odstanie. Ze starych drożdży ciasto nie wyrośnie. I basta!
– Twoje życie, twoje wybory, mnie nic do tego – powiedział Bóg, albo pewnie mówiłby gdyby mógł, czekoladki by cmoktał, gazowaną popijał i tłumaczyłby, że na początku było słowo. Słowo, że cię nie opuszczę, bo ja jestem Mąż, Ojciec, a ty jesteś Żona. A ty Córka. Drukowanymi literami w dokumencie tożsamości. Na początku i na końcu. W akcie urodzenia. W akcie zgonu. Na zawsze.
– Zapomniałeś o słowie tata, co? No cóż… W końcu tyle spraw macie tam na głowie.
Zapominanie jest rzeczą ludzką, rozumienie jest rzeczą boską. Stwórca uśmiechnął się życzliwie. Ojcu chyba nie było do uśmiechu. Patrzył przed siebie i przygryzał wargi ze zdenerwowania. Kolory mieszały się ze sobą. Bez końca, bez początku, na wieki wieków. Przypominał sobie, jak to właściwie było…

Urodziłam się nad ranem w pewnym miejskim szpitalu, w którym mrówcza anonimowość zabija bliskość i życzliwość. Najpierw było oczekiwanie i krzyk, później spełnienie i cud. Blask słoneczny pomnożony w wodnym odbiciu. Nadzieja. Tkliwość. Ostrożny szept. Nić wiążąca z matką po wszystkie czasy, we wszystkich życiach, we wszystkich myśleniach.
Ojciec nie zdążył znaleźć dla siebie miejsca w tamtym rozgardiaszu. Miłość okazała się być za ciasna. Za pospolita. Zwyczajne ucieczki, nieciekawe powroty. Wieczny pośpiech i obce zapachy.
– Hm. I nigdy włosów nie potargałeś? Nie przytuliłeś? Nie pocałowałeś na dobranoc? – dobry Bóg dopytywał, uszom nie wierzył, jakże to tak, na lody nie zaprosić, zamku z piasku z dzieciakiem nie zbudować, na barana nie wziąć? Jak to się stać mogło?
– Jakoś tak – ojciec pod nosem mamrotał, słowa ledwie ledwie, cichutkie, jakby ich nie było.
– Bardzo szkoda tego barana – Bóg pokiwał głową, albo kiwałby gdyby mógł, podobno dzieci noszenie na barana lubią nad wyraz, świat cały widać jak na dłoni, do chmur bliżej, strach skurczony pełza daleko, przy ziemi. Nie ma się czego bać.
– Nie miałem czasu – ojciec dosyć miał już tej dziwnej rozmowy, był zmęczony i głodny. A miętowych czekoladek nie lubił.
– Co mówisz? – Bóg nie dosłyszał, w końcu leciwy był bardzo, swoje już przeżył, co miał stworzyć, stworzył, uporządkował, skatalogował, podkreślił i podpisał.
– Nie miałem czasu – powtórzył ojciec.
Bo przecież zajęty był bardzo. Tyle się działo, samochód ciągle zepsuty, wyjazdy służbowe, ważne spotkania, nudne konferencje. Tak to było?
– Aha. To wiele wyjaśnia. Mimo wszystko szkoda – Bóg wydawał się być szczerze zatroskany, przysunął do siebie komputerową klawiaturę, enter wcisnął. Na monitorze pojawił się dom. Ganek, dębowe drzwi, lśniące posadzki. Ładnie. Ładnie. A także samotna sypialnia, pusta jadalnia. Cisza. Chłód. Namiastka rodziny. Mamo, gdzie jest tata?
– No właśnie. gdzie byłeś?
Ojciec pracował, podróżował, nie wracał. Zakładał nową rodzinę. A to wymaga czasu i zaangażowania. Prawda? No… niby prawda. Choć… właściwie dlaczego?
– Dlaczego? – zapytał Bóg, otworzył nowe opakowanie miętowych czekoladek.
Czekoladki dobrze wpływają na poczucie humoru, a mięta odświeża oddech. I jedno i drugie się przydaje. I w zaświatach.
– Nie wiem dlaczego – ojciec wzruszył martwymi ramionami, przetarł martwe oczy.
Całe życie wymknęło się spod kontroli. Kłamstwa i półprawdy. Które przychodziły łatwo. Nie pytaj, nie szukaj, nie dzwoń. Nie mogłem, nie zdążyłem, nie wyszło. Przestań, daj spokój. Zapomnij. Odejdź. Odejdź? Odejdź.
Przelotny motyl, który warsztatów z kochania nie zaliczył. Nie sprostał, nie zdołał, nie umiał. Biedny ojciec.
– Smutne – podsumował Bóg. – I co? Nie tęskniłeś?
Ojciec wytarł nos, oczy zaczęły łzawić. Czy przeziębienia można nabawić się po śmierci? A może to alergia? Tyle niepotrzebnych kwiatów położono na grobie, lilie, róże, polne. Pyłki i zanieczyszczenia.
– A widywaliście się czasem?

Tak. Czasem się widywaliśmy. Na wiosnę i w zimie. Proszę, jaka duża pannica, a w której to klasie… Lata lecą, rany się goją, blizny stają się niewidoczne.
Córka.
Jakie piękne słowo. Od jednego ukradkowego spojrzenia na zegarek do drugiego, pędzące minuty, nieuporządkowane sekundy, na mnie już czas, muszę lecieć, do zobaczenia.
Ojciec.
– Ach, wy Ziemianie! Ciągle tacy zajęci – dobry Bóg skrzywił się z dezaprobatą, po kolejną czekoladkę sięgnął. Sreberko odwinął.
– Ciężko pracowałem. Kobiety są wymagające, na dzieci trzeba alimenty płacić.
– No tak. Jak nie wiadomo o co chodzi, na pewno chodzi o pieniądze.
– A żeby Bóg wiedział – ojciec odetchnął z ulgą. Jednak swój chłop ten Stwórca, życie rozumie i nie ma to tamto.
– A łzy?
Niezręczne milczenie wkradło się w rozmowę.
Jakie łzy? Gonitwa myśli, nie zrealizowane terminy, ważne decyzje. Więcej. Szybciej. Bardziej. Na premię trzeba zasłużyć, na podwyżkę zapracować, karierę należy przemyśleć, zanalizować, obliczyć.
Jakie łzy? Tamte? Ktoś zbierał je skrupulatnie, suszył w albumie z pamiątkami. Nie pamiętasz? Oczywiście. Jak możesz pamiętać… Przecież cię nie było.
– No, a gdzie ty wtedy byłeś właściwie? – spytał Bóg, oczy zmrużył, okulary gdzieś mu się zapodziały. – Nie dzwoniłeś… Nie pisałeś… Czy chociaż zauważyłeś, że urodziły ci się wnuki? Jednak zauważyłeś? A miło było być dziadkiem?
Ojciec wpatrywał się uporczywie w czubki czarnych, pogrzebowych butów, trochę za małych, czterdzieści dwa i pół, czerwone słońce przetoczyło się z prawej do lewej, a później z lewej do prawej, wszystko jest możliwe po drugiej stronie świata.

Matka umarła w pewną listopadową noc, wieczne odpoczywanie racz jej dać Panie. Ojciec przyszedł na pogrzeb, przeżegnał się po chrześcijańsku, jak należy, garstkę ziemi do grobu wrzucił. Westchnął, jesienną głową pokiwał. Starał się znaleźć słowa pocieszenia. Nie znalazł. Nie umiał. Znowu się nie nauczył. Z sinego nieba padał deszcz. Wsiąkał w umysły, serca i dusze. Kwiaty więdły, wiatr zacinał, czas upływał. Może nas odwiedzisz?
– I co? Odwiedziłeś? – Bóg spytał z nadzieją, a nuż nie wszystko jeszcze stracone.
– Odwiedziłem – odpowiedział ojciec. – Odwiedziłem – powtórzył z dumą.
Bo rzeczywiście. Odwiedził. Odwiedzał. Czasami. Patrzył. Pytał. Myślał. W starym notesie zapisał daty, o których przykładny ojciec, teść i dziadek nie zapomina. Urodziny, imieniny, rocznice. Kiedyś próbował mówić o winie i przebaczeniu, ale się nie udało. Przerażone słowa dławiły w gardle. Za suche. Zduszone przez ból chorych lat. Za późno…

Starość, zmęczenie i lęk przed śmiercią wkradły się w tamte lata niepostrzeżenie. Srebrne włosy, wyblakła skóra. Drewniana laska z ozdobną rączką. Pokora przed ostatecznością, która ograbiła ojca ze zwykłej żywotności, ujęła pewności siebie. Wydawało się, że skurczył się do rozmiarów zeschłego liścia. Wiatr zaraz zerwie go z drzewa i dmuchnie w nieznane. A jednak…
A jednak na przekór wiatrowi, ojciec ciągle jeszcze szeleścił sprawami do uporządkowania. Załatwione, nie załatwione. Czas, jeszcze nie czas. Uda się, musi się udać. Bilans powinien wyjść na zero. Szeptał, mruczał pod nosem, spieszył się coraz bardziej. Z pośpiechu zapomniał otworzyć między nami furtkę porozumienia. Pozostała nie naoliwiona, z zardzewiałymi zawiasami, pająki zaplotły na niej lepkie pajęczyny. Jak zwykle.

Oczami nie spełnionych nadziei widzę go w ostatnich chwilach życia. Skurczony we dwoje, zalękły, drżący. Pyta, co będzie. Mówię, że teraz wszystko będzie dobrze. Jesteśmy przecież pod kontrolą. W odwiecznym ciągu wydarzeń. Matki, córki, ojcowie. Zwłaszcza ojcowie. Gatunek, który wymaga specjalnej troski. Tak tak?
– Tak tak – odpowiadam i zamykam oczy. Jego. Które już nie widzą. Na zawsze.
Na zawsze.

Szara chmura przesuwała się powoli na tle podświetlonego nieba, kształtem przypominała zwalistego niedźwiedzia. Sierść nastroszona, pysk otwarty. Gotowość. Będzie się działo!
Na chmurze siedział Bóg i mój ojciec. Zajadali miętowe czekoladki. Ojciec z grzeczności, Bóg z łakomstwa. I to jest dobre – myślał Wiekuisty, cmoktał i połykał z widoczną przyjemnością. Miętowe czekoladki są przykładem wielkich umiejętności człowieka. A to się Stwórcy udało!
– I co ja mam z tym wszystkim począć? – spytał ojciec.
Był rozdrażniony, niewyspany, tyle się mówiło o wiecznym odpoczywaniu, a tu kicha! Jedno wielkie oszustwo, zmartwień nigdy dosyć. Ale dosyć miał czekoladek, podniebnego latania, wspomnień. Robiło mu się niedobrze.
– A co można z tym począć? – zdziwił się Bóg, ach ci ludzie, tylko się martwią, zawsze po fakcie, nigdy przed. Trzeba było dwa razy pomyśleć, zanim się człowieka stworzyło!
– Powtórzyć? Chciałbym powtórzyć – ojciec zaproponował nieśmiało.
Powtórzyć, naprawić, nauczyć się jeszcze raz. Powiedzieć kocham.
– Nie można. Powtórek się nie praktykuje – odpowiedział Bóg. Szczerze zmartwiony. Poprawił wiekowe włosy, trochę przerzedzone na czubku głowy, wiatr targał nimi na prawo i na lewo.
– Ale przecież ty możesz wszystko! Bądź wola twoja! Nie tak było? – ojciec nie dowierzał, patrzył z nadzieją w stare oczy. – Jesteś wszechmogący, czy nie jesteś? Do cholery!
– Człowieku! Zrozum wreszcie! Ja nie istnieję. Nie ma mnie! – odpowiedział Bóg, albo odpowiedziałby gdyby był. I sięgnął po miętową czekoladkę. I zajadał ją ze smakiem.
I tak to się skończyło.

Koniec

3.

Nagrodzone

– październik 2010

–  wyróżnienie w VIII ogólnopolskim konkursie literackim, wrzesień 2010, organizowanym przez Kozienickie Centrum Kultury za opowiadanie „Gatunek – ojciec” – do przeczytania w październikowym 2010 poście – archiwum

– grudzień 2009

– II nagroda w konkursie V edycjii Zabrzańska Jesień Literacka 2009 zorganizowanym przez Miejską Bibliotekę Publiczną w Zabrzu za opowiadanie – „Dzień pamiętania”

– lipiec 2009

– Nagroda Publiczności w prozie oraz osobiste wyróżnienie Stefana Dardy w I Konkursie Literackim o Platynowy Kałamarz zorganizowanym przez www.forum.mysli.com.pl za opowiadanie –Ojca Franciszka pogaduszki z Bogiem– żeby przeczytać to opowiadanie należy się zarejestrować na forum, lub wejść na inauguracyjny post – do znalezienia w archiwum.

– czerwiec 2009

– I nagroda w kategorii: Inspiracje twórczością Juliusza Słowackiego w Konkursie Małych Form Prozatorskich WRZENIE V –Bez końca pieśń

– marzec 2009

– Wyróżnienie  w Konkursie zorganizowanym przez blog.onet.pl –Komu potrzebny jest Dzień Kobiet ?Aurelia za notkę „Dzień Kobiet”

– styczeń 2009

  • Nagroda główna w Konkursie  zorganizowanym przez blog.onet.pl – na opowiadanie zaczynające się od słów: „Miała głos, który wzbudzał zaufanie.” tytuł opowiadania –Dziewczyna z czwartego piętra